Pewnego dnia zdarzyło się tak, że Prentki zajechał do mnie pojazdem MAN TGE 3.180, przy okazji wycieczki na południowe Niemcy. W oficjalnej wersji, miał przewieźć Fiata 126p do członka rodziny mieszkającego parę kilometrów na północ od Monachium.

Chociaż podejrzewam, że bardziej przekonała go promocja na jedno słowackie Piwo, które mu smakuje. 

Także pewnego wieczoru zajechał, zajął 12 miejsc parkingowych i krzycząc „Gdzie browar?!” wparował do mnie. Pozwolę sobie pominąć detale armagedonu.

Stwierdziliśmy, że pojedziemy razem na te Niemcy, więc miałem okazję poprowadzić TGE przez paręset kilometrów. Tym samym, jako że jestem blogerę, stwierdziłem, że mogę w pełni przedstawić co myślę o tym samochodzie. Dlaczego? Bo nie mam bladego pojęcia o rynku samochodów użytkowych, co generuje idealne warunki do rzucania „opiniami eksperta”.

MAN TGE 3.180 – luksus w pracy?

Ostatni raz jeździłem samochodem dostawczym chyba z 10 lat temu, gdy „za chlebem” zostałem „zaopatrzeniowcem”. W szczegóły wchodzić nie będę, ale robota gówniana, a z cieknącym z uszczelek przedniej szyby VW T4 wyposażonym w przepotężny 2.4L Diesel (78KM jak wyjeżdżał z fabryki – po dociążeniu, do 70km/h rozpędzał się w 2 tygodnie). Ogólnie: mokro, zimno, twardo, wolno.

Czasy jednak się zmieniły. Dzisiaj samochód dostawczy jest wygodny. W fotelu ma masaż. Sam fotel ma dodatkową poduchę do wytłumiania nierówności, zupełnie jak w TIR’ach (i teraz czekam na komentarze: Adrian, ty idioto, przecież TIR to nie typ pojazdu!). Dodatkowo dobrze grające radio, pierdyliard mądrze rozmieszczonych schowków. Producenci samochodów użytkowych dbają o swoich kierowców. To już nie są czasy, kiedy siermiężny busik miał mieć po prostu jak najwięcej miejsca, aby przewozić rzeczy. Teraz, poza ładunkiem, kierowca ma dojechać wypoczęty, aby mógł dobrze wykonywać swoją pracę.

Sama jazda takim pojazdem też miło zaskakuje. Układ kierowniczy pracuje precyzyjnie i gładko jak w zwykłym kompakcie, mając zapewne przy tym sporo mniejszy promień zawracania (w. moich odczuć, na pewno mniejszy od E46). Tym samym przebicie się przez jakiekolwiek miasto nie stwarza problemu. Ogólnie bym powiedział, że prowadzi się milej i łatwiej od Rurka, co mnie osobiście wprawiło w osłupienie.

Definitywnie, czasy się zmieniły.

Szczerze mówiąc, jeśli miałbym potrzebę pójścia w coś naprawdę pakownego, pozwalającego też na przewiezienie większej ilości osób – poszedłbym w to!

Aby jednak Was nie męczyć żmudnymi opisami, wymiarami, danymi technicznymi, które i tak wszyscy omijają, daję Wam już galerię ze zdjęciami.

Zobacz także:

1 Komentarz

  1. BMW Museum - TorquedMad Mind - blog motoryzacyjny

    15 grudnia 2017 at 10:31

    […] weekend z Prentkim i MAN TGE zahaczył o BMW Museum. Dlaczego? Bo mieliśmy postój w Monachium. Nie no serio, jeśli byśmy nie […]

Zostaw odpowiedź