Internet jest pełen, nic nie wnoszących wojenek, znanych popularnie jako „gównoburze”. Najczęściej są to bezsensowne sprzeczki na poziomie wyższości jabłek nad pomarańczami. Świat motoryzacji nie jest tutaj wyjątkiem. Ostatnio jednak w internecie mogliście się napatoczyć na dwie takie, które tyczyły się nas. Jedna związana ze zmianami w akcyzie (która, jak na gównoburzę, miała nawet argumenty i ogólny sens) oraz druga dotycząca planowanego podniesienia stawek ubezpieczeń OC. W tej drugiej dyskusje opierały się na argumentach typu „złodzieje”, „oszukali mnie”, „Korwin nas uratuje”, więc pomyślałem sobie: „Ale o co im właściwie chodzi?”.

Zagłębiłem się więc w temat i postanowiłem najobiektywniej, jak to możliwe, przedstawić przyczyny takiego stanu rzeczy. Co ważne – nie jestem powiązany z żadnym ubezpieczycielem, więc całość pisana „stojąc z boku” i chłodno się patrząc na przyczyny wzrostu cen.

Otóż jak pewnie wiecie, ubezpieczenie OC, jest obowiązkową opłatą, dzięki której kierowca nie musi się martwić o kredyt hipoteczny w przypadku, jeśli walnie w nowego Mercedesa S-klasę.

Co do jej zasadności i terminowości – osąd pozostaję Wam. Wg. mnie dobrze, że jest obowiązkowe i jest one oddzielne dla każdego pojazdu, a nie osoby (Wraz z żoną dzięki temu płacimy 1 składkę OC, na używany pojazd, a nie „od głowy”).

Jednak o co chodzi z tymi drastycznymi podwyżkami i dlaczego ludzie marudzą?

Z tego, co widziałem, mamy dość niskie stawki OC w skali Europy (nie patrzymy na zarobki, gdyż jest to bezcelowe, o czym dalej). I w sumie to mnie zawsze zastanawiało. Dlaczego mając składki na poziomie: 300zł za Tico 0,8 (dzięki Pawel), ten system nie walnął? Bo przez długi czas szkody osobowe nie były wypłacane, szkody na mieniu były zaniżane (co nie było dobre) i jakoś się to kręciło.

Jednak cóż… system jednak walnął, co odczujemy w roku 2017.

Dlaczego bańka pękła? Już śpieszę z powodami:

  1. Klienci zaczęli korzystać ze wszystkich udogodnień gwarantowanych przez OC: samochody zastępcze, naprawy w ASO, odwoływanie się od wycen ubezpieczycieli itd.
  2. Rosnąca ilość wypłacanych świadczeń z tytułu szkód osobowych.
  3. Samochody mają coraz to więcej drogich, skomplikowanych elementów. Ich wymiana/naprawa wymaga więc więcej czasu
  4. Pojawiły się firmy, które klientom zdobywają pieniądze za szkodę do X lat wstecz bądź wyciągają odszkodowania na „ała moja noga”, gdzie realnie, poza siniakiem szkody nie ma.
  5. Wytyczne Komisji Nadzoru Finansowego (KNF).
  6. (nie)Rentowność segmentu ubezpieczeń OC.

Więc rozwińmy nieco ten temat.

Klienci zaczęli korzystać ze wszystkich udogodnień gwarantowanych przez OC: samochody zastępcze, naprawy w ASO, odwoływanie się od wycen ubezpieczycieli itd.

Od razu powiem. Poszkodowany ma prawo do naprawy w ASO, jak i samochodu zastępczego na jej okres. Jednak przez wiele, wiele lat nikt z tego nie korzystał. Część osób wolała dostać kasę na konto i naprawić w dogodnym terminie. Część osób, jeśli nie potrzebowała, nie brała tego samochodu zastępczego. Dzisiaj? Każdy chce naprawiać w ASO, bo drożej, bo ładniej brzmi przy sprzedaży. Co więcej, nawet korzystając z samochodu raz w miesiącu – biorą ten samochód zastępczy, aby tylko stał na parkingu pod blokiem. Koszt takiego samochodu to najczęściej od 100zł w zwyż za dzień. I teraz zacznijmy już liczyć. Załóżmy, że szkodę spowodował kierowca z maksymalnymi zniżkami, który jechał swoim krążownikiem: Passatem 1.9 TDI B5/B6. Typowy koszt polisy OC wynosił 600-800 zł. No i ten Passat walnął w przedni róg, uszkadzając lampę… drugiego Passata, ale CC. Oczywiście – samochód zastępczy wzięty na OC sprawcy i jedziem do ASO. Naprawa trwała 5 dni. Czyli na start mamy 500 zł, a gdzie tam jeszcze naprawa.

No i dochodzimy do naprawy: błotnik 230€, maska 460€, zderzak 400€, chłodnica wody 235€, intercooler 230€, chłodnica klimatyzacji 260€, lampa xenon 886€ (ceny oficjalne VW). I na start robi nam się prawie 12 000 zł! A nie policzyliśmy malowania, robocizny za demontaż/montaż, dodatkowe plastiki, spinki, poduszki, elementy zawieszenia (jeśli by dostały).

No i wygląda na to, że ubezpieczyciel na tej szkodzie wychodzi „w plecy” praktycznie sporo ponad 10 000 zł.

A osoba, która wyrządziła szkodę? Traci próg zniżek i dopłaca ok. 100-200 zł. Ewentualnie ma wykupioną za 15-20 zł „ochronę zniżek” i nic mu nie wzrasta. Źle to wygląda prawda? A weźmy pod uwagę, że tak się często kończy zwykła kolizja na skrzyżowaniu, w niezbyt starym wozie.  Przypomnę tylko, że liczyliśmy „zwykłego” Passata C, który dzisiaj kosztuje okolice 40 000 zł. Na częściach z ASO, takie np.: przedostatnie Polo nie wypada jakoś specjalnie taniej. Dla kontrastu – wyobraźcie sobie sytuację, gdzie w BMW serii 7 z 2012 roku wbija się w róg „Seba” w swoim Civicu z OC, ze zniżkami rodziców, za 500zł. Sam jeden reflektor adaptacyjny to „jedyne” 5 800 zł, błotnik 2 300, masa 5 900, i tak dalej. Pamiętajmy też, że z OC są pokrywane szkody na ulicy. Więc jeśli ten nieszczęsny Civic został przez to BMW odbity i skosił sygnalizację świetlną – kolejne koszta, które musi pokryć ubezpieczyciel. I co ważne – takie same bądź zbliżone ceny na części obowiązują w całej europie – różnice wynikają głównie z podatków. Dlatego wspomniałem, że nie ma co porównywać wypłat z zachodem. No bo co z tego, że w Polsce chłodnica kosztuje np.: 450 zł. W takich Niemczech, Austri, Francji będzie kosztować ok 100 Euro.

Rosnąca ilość wypłacanych świadczeń z tytułu szkód osobowych.

Coraz więcej jest osób, którym nic się nie stało w kolizji, a żądają zabrania przez karetkę, bo „coś boli”. Już dzisiaj osoby pracujące w ratownictwie stwierdzają, że takie osoby określają ból jako 11-12/10 w skali Schmidta. No i jak to działa dalej? Wizyta w szpitalu, papier przesyłany do ubezpieczyciela, komisja lekarska i wypłata kolejnego świadczenia. Dla przypomnienia: polisa OC gwarantuje wypłatę do 5 milionów Euro w przypadku szkody osobowej! No i do 1 miliona Euro dla szkody mienia, ale kto by się przejmował takimi groszami.

Oczywiście nie wliczam tu osób, które faktycznie doznały uszczerbku na zdrowiu i świadczenie należy im się jak psu buda.

Dodatkowo kodeks ułatwił ludziom (to akurat bardzo dobrze), wywalczenie świadczeń dla osób bliskich, dzięki temu rodzina tragicznie zmarłej osoby może wywalczyć odpowiednie pieniądze (które w takich przypadkach często są średnim pocieszeniem) zadośćuczynienia. Dla ciekawych: art. 4421 § 2 kodeksu cywilnego.

Samochody mają coraz to więcej drogich, skomplikowanych elementów. Ich wymiana/naprawa wymaga więc więcej czasu

Samochody oferując większą ekonomię, dynamikę, bezpieczeństwo stały się delikatniejsze. Strefy zgniotu powodują, że więcej elementów bierze na klatę stłuczkę, aby tylko ochronić kierowcę, pasażerów, czy zmniejszyć szkody „wokół siebie” (przykładowo piesi). Dodatkowo materiały też są coraz lżejsze, lepsze (aluminium, włókno węglowe), aby przy tych samych wagach (patrz MX5 NB i ND – ta sama waga, a ile więcej mamy!) oferować więcej bezpieczeństwa i udogodnień. Dochodzą droższe lampy, z powodu xenonów, ledów, adaptacji. Zawieszenia mają znacznie więcej części, oferując tym samym lepsze prowadzenie. Oznacza to, że w przypadku kolizji – więcej elementów należy wymienić, a i tym samym naprawa trwa dłużej, podbijając kwotę na fakturze.

Pojawiły się firmy, które klientom zdobywają pieniądze za szkodę do X lat wstecz bądź wyciągają odszkodowania na „ała moja noga”, gdzie realnie, poza siniakiem szkody nie ma.

Od paru lat zrobił się wręcz wylew firm, które oferują pomoc w „dorwaniu należnych pieniędzy”. Wg, mnie coś takiego jest na granicy uczciwości. Osoba otrzymała świadczenie, wóz został, albo i nie (zależnie od podjętej przez niej decyzji) naprawiony/zwrócone koszta. Dlaczego ubezpieczyciel ma wypłacać pieniądze do sprawy sprzed 4 lat? I to chyba jedyny subiektywny punkt tutaj.

Wytyczne Komisji Nadzoru Finansowego (KNF)

Tak jest. KNF to taka dość ważna instytucja, która trzyma za gęby duże firmy, żeby nie robiła przekrętów (w meeeega dużym uproszczeniu). Co to oznacza? Jeśli KNF otrzymuje przesłanki, że coś jest nie tak – trzeba się temu przyjrzeć. No i to zrobili. Wynikiem tego jest parę wytycznych, które weszły w życie w marcu 2016 roku:
– Ubezpieczyciele nie powinni stosować amortyzacji części (czyli każda część ma wartość „fakturową” niezależnie od zużycia);
– Ubezpieczyciele muszą stosować jednolite standardy kalkulacji w szkodach częściowych i całkowitych z OC;
– Ubezpieczyciel powinien pomóc poszkodowanemu przy sprzedaży wraku pojazdu w przypadku szkody całkowitej;
– Zarówno w wariancie serwisowym jak i i kosztorysowym powinny być stosowane jednolite kryteria wyceny;
– Roszczenia o zwrot kosztów za najem pojazdu zastępczego muszą być rozpatrywane indywidualnie, a ubezpieczyciel nie może odmówić zwrotu, powołując się wprost na argument, że poszkodowany miał dostęp do komunikacji miejskiej lub nie wykorzystywał auta w działalności gospodarczej (czyli właściwie może rozpatrywać, ale i tak nie może odmówić);

Gwarantuje nam to europejskie standardy, więc wymusi to europejskie ceny.

(nie)Rentowność segmentu ubezpieczeń OC.

Powyższe punkty, powinny już Wam dać podpowiedź, że coś ta branża nie ma prawa działać prawda? No i cóż. Dane Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego mówią jasno – od 2007 roku ubezpieczalnie tracą na OC. Rekordowo w 2009 r. były „w plecy” 1 miliard złotych. Według danych Polskiej Izby Ubezpieczeniowej dwa pierwsze kwartały roku 2016 przyniosły stratę na poziomie 606,5 milionów złotych. Czytałem jednak bardzo zabawny zarzut: „Przecież ubezpieczalnie zarabiają na innych segmentach, mogą to kompensować!”. Myślę, że proste porównanie wyjaśni, że jednak nie. Gdybyście mieli sklep sprzedający… Pralki i Lodówki. I pralki sprzedawalibyście z dodatnią marżą, ale już lodówki by były sprzedawane na minusie, to nie bylibyście sukcesywnym przedsiębiorcą prawda? Pamiętajmy, że ubezpieczalnie nie są organizacjami charytatywnymi i umieją liczyć. Wzrastają wydatki? Trzeba zwiększyć koszta.

Także podwyżki OC są nieuniknione i bolesne. Czy mnie dziwią? Nie specjalnie. Czy mnie denerwują? Trochę, jednak biorąc pod uwagę, że prawnie mamy gwarantowany zakres „zachodnio-europejski” za mniej niż połowę średniej ceny, to się tym zbytnio nie przejmuję i rozumiem, chociaż (jak każdy) wolałbym płacić mniej. Mimo wszystko, nie jednak rozumiem (pseudo) argumentów tych, co próbują (nieudolnie) walczyć z tymi podwyżkami. Szczególnie jeśli te same osoby najpierw namawiały do targania funduszy z ubezpieczalni, a przecież nie da się zjeść ciasta i mieć ciastka.

Prawda?

Zobacz także:

13 komentarzy

  1. KL

    4 stycznia 2017 at 18:37

    Prawda! Tyle, że jak zwykle – poniekąd cierpią na tym właściciele starszych samochodów. Patrzę z mojego punktu widzenia, użytkownika starego E36 328i:
    1) poprzez wyższe ubezpieczenie muszę płacić za cały ten postęp – nowe kamerki i radary w zderzakach w esklasach mimo, że z niego nie korzystam.
    2) w przypadku dzwona wartość mojego samochodu jest określona na jakimś absolutnie śmiesznym poziomie.

    Nie ma z tej sytuacji jednego słusznego wyjścia i niestety podwyżki są nieuniknione, rozumiem to. Ale w niczym to nie zmniejsza mojego wkurwienia ;) Ani też nie idzie za tym żadna korzyść dla mnie. Jak we mnie przywali typ w Volvo XC9000 bo mu radar nie zadziałał to wciąż dostanę od ubezpieczyciela koci balas za przeproszeniem.

    1. Bio

      4 stycznia 2017 at 18:51

      A propos określania wartości samochodu. KNF „się przydał” odnośnie punktu: „Ubezpieczyciele nie powinni stosować amortyzacji części (czyli każda część ma wartość „fakturową” niezależnie od zużycia)”

      Załóżmy: kupiłem Volk TE37 po 1500$ sztuka i masz na to fakturę. To choćbyś jeździł nimi 4 lata – Ubezpieczyciela obowiązuje wartość fakturowa. Wg. mnie wypada to korzystniej w przypadku obliczania szkody dla tuningów. Jednak nadal – podnosi to wartość całej szkody i tym samy – składki w górę.

      Ogólnie dla siebie przeliczyłem, co by było, jakby we mnie wjechał ten przykładowy Seba: Chłodnica 1150 zł, Reflektor ksenonowy 4300 zł, Maska 2000 zł, Drzwi 2800 zł, błotnik 1160 zł. Drogo. Bardzo blisko szkody całkowitej. I szczerze mówiąc – zastanawiałbym się którą drogą iść: czy oddać do ASO i „róbcie i bujajcie się z ubezpieczycielem”, czy „zapłaćcie mi, ja sobie poskładam na używkach”. Bo z jednej strony – fajnie jak ASO poskłada mi wóz na nówkach, z drugiej – po co mi nowe 1/5 samochodu, gdy pozostała część dalej będzie prawie pełnoletnia?

      1. Marcin.

        5 stycznia 2017 at 15:25

        Ubezpieczenie oc nie jest dla Ciebie tylko dla tego w kogo uderzyłeś, czyli jeżdżąc starym samochodem płacisz dużo bo możesz popsuć nowe, piękne autko z mnóstwem drogich gadżetów. Były firmy które oferowały tańsze oc ale zakres wypłaty np do 50 tyś zl. Teraz jeśli uderzysz to swoją starą bmw w nowe bmw i wyjdzie szkoda całkowita to docenisz podwyżkę o 300 zł na rok.

        1. Bio

          5 stycznia 2017 at 16:12

          Dokładnie o to chodzi. OC jest właśnie po to, aby się nie martwić kosztami jak np.: nie zmieścimy się na zakręcie i wyniesie nas na „czołówkę”.

          1. KL

            5 stycznia 2017 at 19:08

            To też napisałem, że muszę płacić za te czyjeś drogie gadżety moim wyższym OC.
            Z drugiej strony, jak ktoś uderzy w moją BMW, wyjdzie szkoda całkowita i dostane w najlepszym przypadku 50% wartości rynkowej mojego samochodu. Tutaj pewnie też docenię podwyżkę, a nie, czekaj…

            Krótko podsumowując: Brak powszechnej i absolutnej sprawiedliwości na tym świecie, jak żyć?

  2. Bio

    4 stycznia 2017 at 19:23

    Tylko zaznaczę: wulgarne komentarze będą sukcesywnie usuwane, bo nie jestem farmerem i nie będę tu prowadził chlewu ;)

  3. d.bialek

    5 stycznia 2017 at 11:42

    Brakuje tylko jednego punktu dla czego OC podrożały – podatek bankowy ;)

    1. Bio

      5 stycznia 2017 at 11:45

      Tyle, że cena OC wzrasta od paru lat (i odkąd pamiętam, można przeczytać w newsach, że będziemy płacić więcej za OC), a podatek bankowy wszedł… w lutym 2016 (nie pamiętam daty, ale jest to dość niedawny temat)?

  4. P.

    5 stycznia 2017 at 21:19

    Okej, niech sobie składki rosną ale na boga niech wróci możliwość tymczasowego wyrejestrowania pojazdów. Aktualnie płacę za kilka gratów którymi jeździłem ostatnio w 2015. Co do firm ubezpieczeniowych to też nie jest tak, że ten ktoś kto próbuje odzyskać odszkodowanie nawet po kilku latach jest od razu przekrętasem. Rok temu miałem szkodę w której został zniszczony mój 20 letni Jeep, szkoda całkowita, total schade. Jeep posiadał całkowicie oryginalny lakier, miał niski przebieg i był kupiony od znajomego który kupił go jako nowy samochód w 1996. W samochód zainwestowałem 3x wartość rynkową tego modelu. Zaproponowali mi 12 tysi i możliwość odkupu za 3k wraku. Jak usłyszałem o tym odkupie to dostałem takiego wkurwiu, że rok czasu odbudowywałem te zgliszcza i teraz czekam aż tylko dojrzeje mi ciągła myśl o tym, zeby zaparkować tym maderfakerem w holu firmy ubezpieczeniowej na „W” ciągnąc na linie ich trzy Yarisy firmowe.

  5. Pawel

    5 stycznia 2017 at 21:28

    Jeżeli facet jadący pasatem , ma komplet zniżek , oznacza to , że ma przyjmijmy 50 lat ( plus minus ) i od 30 lat ( odkąd mógł mieć auto) placi rok w rok te 800 zł ( na początku oczywiście dużo dużo więcej ) to wychodzi 24000 więc gdzie ubezpieczyciel jest 10000 w plecy ? Po drugie tico ma silnik 0.8 . A po trzecie to nie mówimy , że ceny oc są niższe niż w Europie bo i nasze zarobki za granicą są brane co najwyżej jako mini Job . Czyli do 450 euro .

    1. Bio

      5 stycznia 2017 at 22:42

      Twoje wyliczenie jest niestety zbyt uproszczone. Chociażby ze względu na zmiany w cenach OC. Bardziej by trzeba było wziąć pod uwagę, ile osób musiało by bezszkodowo przejechać dany rok, aby Ubezpieczyciel wyszedł na 0.
      Polecam wczytanie się w: http://piu.hitbay.atthouse.pl/wp-content/uploads/2016/11/raport-PIU.pdf Przegląd danych z lat 2013-2015 rynku ubezpieczeń komunikacyjnych w Polsce – prosto od Polskiej Izby Ubezpieczeń. Trzeba siąść i się wczytać. Polecam także ogólnie ich Raporty i Analizy – sporo wiedzy. https://piu.org.pl/

      Dzięki za zwrócenie uwagi odnośnie silnika w Tico – nie wiem czemu mi się ubzdurało to 1.2 i trzymałem to jako pewnik. Poprawiłem w notce.

      Odnośnie płac. Tzeba brać pod uwagę, że ceny części i całych samochodów są podobne – a za to ubezpieczyciel płaci i płaca nie ma tutaj nic do rzeczy. I to właśnie jest brane pod uwagę ze strony ubezpieczyciela. Średnia cena za polisę w Europie wynosiła 422 EUR w 2014 roku. w PL? 138 EUR, więc i tak zachód płacił ponad 3x więcej.
      Przy okazji, Ciekawostka. W naszym „biednym” kraju, mamy więcej samochodów na 1000 osób (510), niż taka Wielka Brytania (464), Holandia (469), Francja (486), Belgia (489), Szwecja (461). W podobnie zarabiającej Słowacji jest ich tylko 347 na 1000 osób. A w zarabiających 4x więcej Niemczech: 560 na 1000 osób. Wg. mnie jest to dość dziwne.

      1. KL

        6 stycznia 2017 at 22:40

        Ależ jak najbardziej płaca ma do rzeczy. Praca przy likwidacji szkody jest tańsza, praca likwidatora jest tańsza, płaca rzeczoznawcy, pracowników TU itp. itd. Oczywiście cena części jest taka sama i zapewne różnica płac nie odzwierciedla różnicy w wysokości OC… chyba.

        Wydaje mi się, że wysoka ilość samochodów na osobę może wynikać z uwarunkowań historycznych. Wszak w Polsce przez okres PRLu jakikolwiek samochód był dobrem luksusowym, wyznacznikiem statusu i marzeniem wielu ludzi. Czasem chęć posiadania własnych czterech kółek stawała się wręcz obsesją. Zostało to w nas do dziś i jako społeczeństwo odbijamy sobie te stracone dziesięciolecia.

        1. Bio

          7 stycznia 2017 at 14:43

          Praca człeka z ubezpieczalni – tak, wyceniana jest niżej.
          Roboczogodziny w ASO (likwidator szkody tak?) są przynajmniej 2x wyższe od zwykłego serwisu (licząc jakieś tańsze Marki – Hyundai okolice 100zł. Przy markach premium – 300 zł i więcej za godzinę – w jednym salonie Porsche widziałem 520zł :V), więc docelowa naprawa w aso to, szczerze mówiąc, dość olbrzymie koszta. Do których w sumie mamy prawo (i bardzo dobrze, bo już wyceny napraw nie biorą pod uwagę „Pana Zenka Trytytkę”).

          Odnośnie ilości wozów – Twoja teoria brzmi prawdopodobnie.

Zostaw odpowiedź