Jako że ostatnimi czasy nie dzieje się wiele na blogu, muszę mieć jakieś alibi. Bo przecież nie powiem, że jestem leniwym dupkiem, który tylko leży w łóżku i ogląda śmieszne filmiki w internecie.

Tak naprawdę to przeglądam sklepy z częściami do Alfy Romeo. 

Jednak znalazłem sobie inne hobby. Nie tak dalekie od typowego petrolheadowania. Powiedziałbym raczej, że jest jego świetnym uzupełnieniem. Chodzi o wirtualne kręcenie kierownicą, które jest chlubnie określane mianem Simracingu.

Może, zanim zaczniemy, uściślijmy jedno. Gry video od dłuższego czasu nie są jedynie zabawą dla dzieci, które kończą się strzelaninami w szkołach. Oj nie. Szczególnie że od ładnych dobrych lat bardzo dobrze rozwija się działka symulatorów.

Co to są te symulatory? W skrócie: narzędzia, maszyny, programy imitujące działanie innych urządzeń, czy przebieg konkretnych procesów. Czy jakoś tak.

Zapewne są osoby kojarzące, że symulatory są głównie znane z produkcji Microsoftu. Flight Simulator, Train Simulator i tak dalej, i tak dalej. Ten dział rozwija się całkiem prężnie dając nam możliwosć zostania kierowcą ciężarówki, rolnikiem, zlodzejem, kromką chleba… Chyba to zmierza w złą stronę.

W każdym razie nas interesuje konkretna działka, związana z samochodami. A dokładniej – ze ściganiem się tymi samochodami.

Moja pierwsza gra, która miała taką już „realną” fizykę to był Colin Mc Rae Rally 2.0. On + Need For Speed Porsche 2000 nauczyły mnie, że niektóre zakręty wymagają hamowania i jazda „na wklepanym” nie zawsze jest szybsza. Granie na klawiaturze sprawiało sporo frajdy, a dodatkowa nauka podstaw jak działa ją niektóre elementy samochodu. Na przykład, okazywało się, że na pełnej glebie + najsztywniejszym podwoziu wcale się tak dobrze nie jeździ po mokrym szutrze.

Potem pojawiały się jakieś typowo arcadowe „ścigałki”, które sobie „zaliczałem” w wolnym czasie. Nawet nie miałem kierownicy! A potem nadeszła „dorosłość”, praca, bycie odpowiedzialnym człowiekiem i tak dalej. Aż pewnego dnia, po kolejnej popijawie u Prentkiego, podczas której harataliśmy w Forzę, czy tam innego Maluch Racera, zapadła w pełni moja, męska decyzja.

Żono! Czy mogę kupić kierownicę? Proszę?

No i wpadł Thrustmaster T300RS, o którym mogliście poczytać wcześniej. Wraz z nim wpadł także „nowożytni symulator samochodowy” – Assetto Corsa (także w wyniku męskiej decyzji jak przy zakupie kierownicy).

Co było dalej? Ustawianie, nauka, więcej ustawiania, więcej nauki. Nawet wziąłem udział w amatorkiej lidze portalu Simrace.pl. Gdzie nie byłem ostatni!

Co daje Simracing?

Na to właśnie na to powyższe pytanie spróbuję tutaj odpowiedzieć. Temat jest szeroki, ale spróbuję to streścić. Zacznijmy może od oczywistych zalet.

  1. Próg wejścia. Jeśli już mamy komputer, który uciągnie symulatory, to właściwie to za ok. 500-600zł (używane, już dobre kierownice) wchodzicie w temat. Potem kwestia kupienia gry, która nas interesuje/jest w waszym pułapie cenowym. Dodatkowo za darmo macie np.: Race Room. Wprawdzie potem dokupienie interesujących nas torów „na raz” zaboli, ale nikt Wam nie każe wywalać budżetu Macedonii na grę. Jak zaczynacie od 0, no to trzeba liczyć budżet na poziomie kosztów napraw u Blogomotive.
  2. Koszta jazdy? Tak właściwie to tylko prąd. A prąd jest tańszy od benzyny.
  3. Brak kosztów naprawy samochodu po trackdayu.
  4. Jeździmy czym chcemy! Nie patrzymy totalnie na budżet. Możemy polecieć bolidem Niki Laudy po Nordschleife. A może chcesz sprawdzić klasycznego Lotusa na Silverstone? Chyba że jednak interesuje Cię „zwykły NSX” na SPA? Zwykle to kwestia kilku kliknięć i można walczyć.

Wady?

  1. Brak takiego czucia pojazdu, jakie daje realna jazda. Musimy się opierać na wrażeniach otrzymywanych jedynie z kierownicy. Są substytuty dające więcej informacji, ale to dodatkowe koszta (niemałe).
  2. To tylko/aż symulacja. Nie wszystko udaje się symulować w 100% realnie. Trzeba czasami iść na kompromisy. Przykładowo Assetto Corsa nie bierze pod uwagę temperatury hamulców.
  3. Koszta mogą urosnąć do… nazwijmy to dość sporych. Ale to już subiektywna sprawa. W każdym razie Simracing nie ma górnego płapu kosztów. Wirtualna rzeczywistość? Jasne, kup mocniejszy komputer. Kierownica typu „direct drive” przekazująca jeszcze więcej informacji? Otwieraj portfel. System siłowników rzucający Tobą po pokoju? Twój bank ma już dla Ciebie kredyt! Wybór jest ogromny. A jeśli jeszcze lubisz coś robić samemu – Oj będziesz budował własny „rig”.

Jak widać, właściwie głównym powodem jazdy wirtualnej będą koszta. Czego się możemy jednak w zamian nauczyć w stosunku do jazdy realnej?

  1. Poznanie toru. Wiele torów jest bardzo dobrze odwzorowanych w symulatorach. Często są spotykane takie, które są skanowane laserowo, więc odczuwamy większość nierówności. Dodatkowo nauka toru może być dla niektóyh mniej stresująca, bo w razie chęci zwiedzania żwiru – wystarczy zrobić restart i gotowe. No, chyba że już się ścigamy z kimś online, to wtedy to nam odpada. Ale nikt nie chce się ścigać na torze, któego nie zna prawda?
  2. Gdy trenujemy z innymi ludźmi na serwerze, możemy „bezkosztowo” próbować wyprzedzać. Nie opawaijąc się o koszta kontaktów. Możemy w znacznie szerszym stopniu kombinować, aby ściąć czas z okrążenia, bądź wreszcie wyprzedzić tego cholernego Holendra, który jest znacznie wolniejszy od Ciebie w drugim sektorze.
  3. Ogólna praca nad „racececraftem”. W zaciszu własnego domu możemy szlifować analizę sytuacji na torze, podstawy zachowania samochodu i korygowania tego jazdą/ustawieniami podwozia, czy aero. Ogólna parca, żeby być szybszym i tego, co wpływa na co.

Czego zabraknie? Atmosfery toru. Tej chwili, kiedy przez pitlane patrzysz na inne samochody, kręcące swoje silniki tak jak się tylko da na prostej startowej. Zapach opon, benzyny, klocków hamulcowych, sprzęgieł, smaru. Dźwięki z nitki toru i pitlane. Te dodakowe bodźce, małe stresy, czy wszystko jest w porządku. Tego Simracing nie daje.

A gdzie ja teraz jestem? Na razie przede mną długa droga. W tym roku planuję dopiero ogarnąć takie biurko, żeby spiąć to dobrze z kierownicą, monitorem, czy fotelem, aby móc wygodnie jeździć. Jest to plan do zrealizowania po wakacjach, więc na razie ćwiczę na prostym fotelu biurowym, któy jest za blisko kierownicy.

Czy warto pójść w Simracing? Jeśli się nie ścigasz – tak, bo to może być fajny substytut dla Ciebie. A jeśli się ścigasz? Też! Wirtualne treningowe kilometry wyjdą na plus podczas realnej jazdy. Dlaczego tak uważam? Bo symulatory na naszych domowych komputerach wcale tak wiele nie odbiegają fizyką od tego, czego używa się np.: w F1 (Ferrari korzysta z Assetto Corsa – taka ciekawostka). Dzisiaj, zanim się pojedzie ścigać na torze – tłucze się kilometry dla zapoznania trasy. Z powodu takich samych wniosków, jakie zapisałem powyżej.

A jeśli coś działa w profesjonalnym motorsporcie, to chyba jest wystarczająco dobre dla nas – amatorów. Prawda?

Zostaw odpowiedź