Stało się. Kupiłem rower typu gravel i zostałem rowerzystą. Spokojnie, samochody dalej są wyżej w moim nikczemnym serduszku, ale po prostu stwierdziłem, że trzeba się trochę za siebie zabrać.

Bo nie chcę przejmować pałeczki i zostać tym, którego wołają “Gruby” w paczce znajomych.

Problemem było to, że w okolicach początku tego roku, nie miałem bladego pojęcia o rowerach. Ogólnie w mojej głowie był zawsze malowany obraz wkurzonego typa, który nienawidzi swojego życia (pewnie dlatego, że siodełko penetruje go analnie drugą godzinę) i drze mordę na wszystkich.

Okazuje się jednak, że ten obraz nieco się zmienił. Chyba poza tymi (niektórymi) spoceńcami, na carbonowych szosach, którzy nie założą żadnej lampki (bo waga i arełodynamika!), mają totalnie w dupie przepisy (tuż obok kawałka siodełka) i dążą do spektakularnej śmierci pod kołami brązowej Dacii Duster.

Le Poszukiwania i zakup

Także się zaczęło. Przeglądanie internetu, czytanie postów na forach, oglądanie filmów. Bo przecież trzeba wybrać coś sensownego. Zaczynając od wyboru samego rodzaju roweru. Dotychczas wiedziałem, że są szosówki, MTB i “niewiadomo co to, co skrzypi i waży tyle, co średniej wielkości przyczepa kempingowa”.

Jednak okazało się, że wybór jest nieco większy. Tym samym, po przeglądnięciu moich okolic, w celu ustalenia gdzie będę jeździł, padło na modnego Gravela. Dlaczego? Wokół mogę jechać po asfalcie (więc szosa byłaby lepsza), ale też po utwardzonych (nie zawsze) drogach między polami, czy w lasach (więc na szosie bym się zabił, zapewne ku uciesze kogoś).

Można by rzec, że mając typ roweru w głowie, zakup zajmie 2 sekundy i możemy zwiedzać okolicę. Otóż nie. Doszedł kolejny haczyk. Niewielki. Dosłownie.

Żona ma 156cm wzrostu. I o ile te kompaktowe rozmiary przydają się, aby ją wpuścić do komory silnika, aby wydobyła nasadkę, którą tam upuściłem 5 minut wcześniej, o tyle przy zakupie roweru typu gravel – jest źle. Dlaczego? Otóż dlatego, że 95% producentów rowerów uważa, że dorosły człowiek, który chce gravela, powinien się mieścić w zakresie 165-190cm wzrostu. Także poszukiwania ograniczyły się do… 4. SŁOWNIE: CZTERECH producentów, którzy:

  • posiadali taki rozmiar
  • udostępniali opis geometrii razem z parametrem “standover” (co najwyraźniej nie jest standardem)

Także po przegrzebaniu się przez informacje “kto ma szansę mieć rozmiar”, pewnie myślicie, że pójdzie łatwo? Otóż… znowu nie.

Ze względu na to, co się ogólnie działo na świecie przez ostatni czas, łańcuch dostaw części/rowerów z Azji wygląda podobnie do tego, jak Prentki kończy #jużniebordową. Dostępności słabe, czasy oczekiwań długie i ogólnie pomór przeokrutny.

Tym samym poza rozmiarem doszedł problem w ogóle zakupu.

Na szczęście, po miesiącu przeglądania ofert w sklepach w całej europie udało się. Znalazł się sklep, który miał rowery marki Marin, model Gestalt X10 2022 w rozmiarach 50 i 56! I tym samym, po 2 dniach od kliknięcia “tak chcę płacić i płakać nad stanem mojego konta” zjawiły się 2 pachnące świeżą gumą gravele.

W sumie ostro przyfarciłem na tym, bo przykładowo inną opcją by był Canyon Endurance 6, z czasem oczekiwania… 3+ miesiąca.

Pozostały już tylko do zakupienia akcesoria i pierdółki (lampki, uchwyty na bidon, saszetka na telefon i graty). No i po szybkim sprawdzeniu, czy jest wszystko ok, można było jechać. A nie. Najpierw musiałem obciąć w egzemplarzu żony sztycę siodełka. Bo ciutek za długa. Mam jednak boszkę i nie waham się jej użyć, więc nawet nie trwało to 5 minut.

Le jazda

No i nadszedł ten dzień. Dzień jazdy Gravelem! Szok i niedowierzanie.

Rowery naprawdę mogą gładko pracować, nie łamać miednicy i można jeździć kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów bez problemów! Muszę przyznać, że dysonans poznawczy trzymał mnie kilka dni. Nawet proces “adaptacji dupska” do siedzenia na siodełku nie jest zły. Dodatkowo możliwość łatwego “zwiedzania okolicy” trochę otwarła możliwości spędzania popołudnia/weekendu.

Przy okazji: Mapy.cz mają fajną funkcję “wycieczka po okolicy”. Klikacie, a potem suwakiem wybieracie, ile km chcecie zrobić i voila. Macie szybko ogarniętą trasę. Przykładowo, okazało się, że całkiem niedaleko mam “Oazę Trygrysa Syberyjskiego”. Może się kiedyś nawet wybiorę pooglądać.

A rower typu gravel sam w sobie jest świetnym narzędziem. Nawigacja turystyczna, która chciała nas prowadzić, przez “cokolwiek” praktycznie nie sprostała “zaoraniu” rowera. W sumie zresztą jak sama nazwa “Gravel” wskazuje: żwiry, piaski, ubite drogi nie powinny stanowić problemu. Jedyne, w co nie wjeżdżałem to jakieś podeszczowe koleiny w błocie, ale tutaj żadnym rowerem bym nie wjeżdżał. Muszę przyznać, że daje to fajny rodzaj wolności, zapewne niespotykany dla szosówek: jedziemy asfaltem, nawigacja mówi “tu skręć w prawo” i wjeżdżasz sobie w drogę dojazdową między polami uprawnymi.

Le Wnioski

No i co mi przyszło z zostania rowerzystą? Przede wszystkim jakiś tam boost zdrowotny. Tak jak pisałem, jest bebzol do zrzutu (pomimo, że pod wielkimi kamieniami chowają się najgroźniejsze węże. He he… bo wiecie). Z poziomu ekologicznego, użytkowania samochodu mi to nie zmniejszy. Może nawet zwiększy, bo będę miał “ej pojedźmy gdzieś tam pojeździć na rowerach!”. Wybaczcie ekolodzy.

Z poziomu rowerzysty muszę jednak jeszcze przyznać, że znalazłem olbrzymią wadę samochodów elektrycznych, czy hybryd. Pewnie myślicie, że teraz walnę jakimś powalonym argumentem. Otóż… być może, gdyż największym problemem tych samochodów z poziomu rowerzysty i pieszego jest: cisza.

Otóż jadąc sobie rowerkiem przez jakąś wioskę, wokół nas jest wiatru szum, ptaków śpiew, ewentualnie jakiś lokalny menel drący mordę. W takim momencie, bycie zaskoczonym przez wyprzedzającego nas elektryka/hybrydę jest na praktycznie na porządku dziennym. Rzekłbym, że wydechy i głośniejsze doloty ratują życie.

Wygląda na to, że Hondziarze ze swoimi robiącymi larmo silnikami 1.5L sprawiają, że więcej rowerzystów dojeżdża do celu. 

Szum opon nie będzie tutaj kontrargumentem, gdyż przez korzystanie z gum o super niskich oporach toczenia sprawia, że są one… także ciche.

Także ten. Czy polecam jednoślad napędzany siłą naszych wątłych organizmów? Czemu nie. Jako osoba całkowicie niesportowa, znalazłem nowe alibi na kupowanie kolejnych narzędzi. I tym razem żona nie może mi nic powiedzieć, bo przecież chce mieć dobrze ustawione siodełko i cichy łańcuch. Wygrywam tę rundę.

Czy zostanę upośledzoną wersją Petera Sagana? Na pewno nie. Za to wycieczka rowerowa nad przykładowo Jezioro Nezyderskie,  bez samochodu, nie jest aż tak nierealnym tematem, jakby się mogło wydawać.

Jeśli się więc zastanawiacie, czy może jednak nie ruszyć tematu rowerów – powiedziałbym, że ruszcie. Tylko oszczędźcie sobie fora, czy grupy FB ze “starymi będącymi fanatykami kolarstwa”. Bo się dowiecie, że bez szosówki za 40 000 PLN to nie ma sensu w ogóle jeździć. A potem i tak Was będzie wyprzedzał jakiś wioskowy menel na składaku z lat 70., który idzie pełnym ogniem, aby zdążyć przed zamknięciem monopolowego.

Zostaw odpowiedź