Dzisiaj postaram się co nieco napisać o filmie, na którym wczoraj byłem z żoną. Immortals (polski podtytuł pominę bo pasuje jak pieść do nosa) to tak właściwie 300, ale w nieco innej scenerii. Jako, że można pomylić oba filmy to pokrótce, czym Immortals się od 300 różni:
– Więcej lasek,
– Mniejsze mięśnie,
– Mega łuk, który ma unlimited ammo i rozpierdziela wszystko,
– „Ten Zły”, nie dość, że się epicko nazywa, bo Hyperion brzmi mocno, to jeszcze nie wygląda dwuznacznie,
– Więcej krwi,
– Bogowie z Olimpu, też tłuką równo.
No i co właściwie o tym napisać? Filmu nie da się dobrze ocenić w kategorii „ambitności”, zawiłości fabuły i innych „wyższych” aspektach. Jest sieczka, jest krew, są rozpadające czaszki, więc po co komu coś więcej tutaj? I o to w tym chodzi. Relaksacyjne filmidło, nie zmuszający do myślenia i wyjścia z kina z miną z cyklu: „Że o co im chodziło?” Człowiek przychodzi, siada na fotelu, mózg się zamienia w budyń od epickości i człowiek ma na następny tydzień więcej energii do życia. I w tym celu Immortals sprawdza się wręcz wyśmienicie! Czy jest gorszy od 300? Trochę, ale kogo to właściwie obchodzi? Ode mnie 9/10.
No i druga sprawa, która może nadszarpnąć statystykę śmiertelności w Bielsku-Białej. Żona stwierdziła, że muszę kupić łyżwy. Tak – te buty z ostrzami do zabijania ludzi… albo przynajmniej łamania im kości. W każdym bądź razie, decyzja została podjęta i od jutra idę szukać sobie tego narzędzia do łamania nóg. Mam nadzieję, że lokalny Decathlon pomoże w wybraniu czegoś sensownego, co nie ogołoci konta bankowego.

Zobacz także:

1 Komentarz

  1. Anonymous

    30 listopada 2011 at 11:58

    mjęczak, babie się daje :E

Zostaw odpowiedź