No i byłem sobie wczoraj, w sobotę, 14 sierpnia roku 2010, w sobotę 32-tygodnia roku, w 226 dzień roku we górach górzysto nizinno wyżynnych.  A po ludzku: 14 sierpień – wypad pieszy (szał nie?) Z Wapienicy przez Błatnią (917 m n.p.m.), Klimczok (1117 m n.p.m.), Szyndzielnię (1028 m n.p.m.) i z powrotem do Wapienicy.
Wyprawa była zapowiedziana dzień wcześniej, oczywiście pogoda w nocy się nie dostosowała: w nocy była sobie burza, no i na trasie trzeba było omijać sporo błota i kałuż. Oczywiście nie byłbym sobą, jakbym po ok. godzinie nie wdepnął w błoto po kostki i następnie z dociążonymi butami nie dreptał dalej ;)
Ogólnie całą trasa trwała… w oficjalnej wersji 20 dni (plotki mówią, że tylko 6,5h), gdzie napadały na nas różne dzikie zwierzęta, prawie zginęliśmy. Na szczęście oglądaliśmy programy z Ray Mearsem i Bearem Gryllsem, więc poszło z płatka. Musieliśmy jeść robaki, szczury, żaby, muchomory i inne. Wszystko dobrze się skończyło… no prawie. Po powrocie odezwała się kontuzja kolana i dzisiaj siedzę dalej jak kaleka wojenny… Ale za to nie muszę za dużo chodzić :D

W każdym bądź razie: polecam bardzo takie wypady. Świeże powietrze, szukanie pominiętych przez grzybiarzy grzybów (znalazłem aż jednego… jadalnego!), taplanie w błotku, łapanie mini-żabek . Było very fajnie i chromolić padnięte kolano ;)

Zobacz także:

Zostaw odpowiedź